| Kierunek północ... |
|
|
|
| Autor: Karolina | |
| 04.01.2009. | |
|
....czyli siódma wyprawa STJ do Norwegii. Wyprawa wyruszyła 31 lipca z Krakowa. W tym roku zdecydowaliśmy się na wygodniejsze, szybsze i tańsze dotarcie do celu. Lot z Krakowa do Oslo zajmuje ok. 3 godzin, a jazda koleją do oddalonej o ponad 1000 km Mo I Rana to kolejnych 15 godzin, co w porównaniu z trzydniową nieustanną jazdą samochodem jest operacją ekspresową. Lot samolotem zmusza nas do ograniczenia naszych bagaży, ale część sprzętu eksploracyjnego obiecali nam zapewnić bracia Norwedzy, a część żywności dowieźć miał w późniejszej częśćci wyprawy Cieski. Takie rozwiązanie pozwoliło nam na dotarcie na miejsce już następnego dnia, łącznie z założeniem obozu w masywie Burfjellet.
W podróży nasz skład wyprawowy jest rozbity i dopiero na miejscu wszyscy sięspotykamy. Pierwsza grupa - Karolina i Miki, po przylocie do Oslo i odebraniu biletów oczekuje na opóźniony pociąg ok. 2h. W tym czasie drugi team czyli: Iza, Piotrek i Rafał są jeszcze w przestworzach. Po przyjeździe pociągu znajdujemy nasze miejscówki i ruszamy w długą podróż do Mo I Rana z przesiadką w Trondheim. Jazda koleją to jedna z najciekawszych i najładniejszych podróży przez Norwegię dostarczająca niezapomnianych wrażeń. Mimo zmęczenia i zamykających się oczu, przemieszczające się za oknem piękno przyrody nie pozwala na chwilę odpoczynku. Góry, lasy, jeziora, rzeki i fiordy wszystko to wspaniale ze sobą połączone, dopełniające się wzajemnie, no i my, intruzi wijący się koleją tam gdzie natura pozwoliła ułożyć tory. W trakcie podróży mieliśmy przymusową przesiadkę spowodowaną awarią trakcji, i podróż do Trondheim dokończyliśmy podstawionymi autobusami, jednak i ten fakt nie popsuł naszych doskonałych humorów. Po przyjeździe do Trondheim przesiadamy się do nocnego pociągu, w którym czekały na nas wygodne fotele i podróżne pakieciki umożliwiające drzemkę. O 7 rano pierwsza grupa dociera do Mo I Rana, na peronie wita nas Hans Oivind Aarstad i córka Sveina – Annelise Grunstrom. Po powitaniu udajemy się do domu naszego przyjaciela Sveina, którego nie zastaliśmy, ale w zamian przywitała nas bardzo miło jego małżonka racząc nas świetnym śniadankiem. Na deser serwują specjał, tort marcepanowy z okazji urodzin kierowniczki. Po tym miłym poranku przychodzi czas na działanie zbieramy zabawki i udajemy się samochodami ok. 40 km za Mo I Rana do gospodarstwa Randsan. Z tego miejsca ruszamy już pieszo na miejsce naszego biwaku w górach. Ponieważ Hans nie podchodził od tej strony do miejsca naszej przyszłej bazy wykonaliśmy świetny manewr oskrzydlający dokładając sobie kilka godzin marszu. Na szczęście urok tego miejsca nie pozwolił nam narzekać i wynagradzał wszelkie trudy. Dokoła skałki, brzozy, torfowiska i ośnieżone szczyty dające wiele satysfakcji, a na dokładkę wszechobecne moskity, które dopingowały nas do marszu. Tego samego dnia robimy po jeszcze jednym transporcie, na szczęście panuje dzień polarny więc nie ma kłopotów z powtórnym trafieniem do bazy. Wieczorem, po równie udanym manewrze oskrzydlającym pod dowództwem Narve, dociera na miejsce i druga grupa. Nasze spotkanie zakrapiamy lokalnym piwem, wrażenia i opowieści z podroży umilają nam resztę wieczoru pod gościnnym norweskim niebem. Organizacja Dwa dni po naszym dotarciu na górę powstał całkiem spory międzynarodowy speleoobóz, w skład którego wchodzili Norwedzy, Szwedzi, Włosi i Anglik - prekursor skandynawskiej speleologii David St’Pierre. Łącznie z nami dało to nie małą liczbę około 50 uczestników. Obozowicze podzielili się na zespoły robocze (mieszane tylko w przypadku Norwegów i Szwedów), całość była podporządkowana codziennym spotkaniom sprawozdawczym z własnych dokonań i obserwacji. Każdego poranka zbieraliśmy się o 9 rano, aby przedstawić nasze plany i cele na dany dzień, natomiast wieczorem o godzinie 21 organizowane były spotkania na których dokonywaliśmy podsumowań działalności poszczególnych grup. W relacjach tych znajdowały się opisy otyczące: nazwy jaskini, rodzaju działalności (kartowanie, eksploracja), problemy i trudności z jakimi borykała się dana grupa, (studnie, zaciski, lejąca się woda) itp. Bardzo rygorystycznie sprawdzano książkę wyjść czy grupy, zamieszczały w niej wpisy o planowanej akcji i czy przestrzegały wyznaczonych godzin powrotu. Cele Głównym celem eksploracyjnym tegorocznego spotkania była inwentaryzacja trzech największych jaskiń masywu, w których działaliśmy podczas zeszłorocznej wyprawy: Edvardheimgrotta, Brattligrotta oraz Storligrotta. Ze względu na swoje położenie i rozwinięcie w masywie przypuszcza się że tworzą one jeden system. Uwzględniając nasze zeszłoroczne osiągnięcia, kierujący zgrupowaniem Norwedzy oddali nam pierwszeństwo w kontynuacji eksploracji Edvardheimgrotta i Brattligrotta. Reszta obozowiczów skupiła się na precyzyjnych pomiarach Storligrotty, oraz penetracji pobliskich jaskiń. Tydzień pierwszy Nasza działalność związana była z dwiema jaskiniami: Edvarheimgrotta (EHG) i Brattligrotta (BLG), zwaną powszechnie jako Rolling Stones Cave, które mieliśmy zamiar połączyć. Obecnie w EHG znajduje się najgłębsza studnia w Skandynawii mierząca 82m, oraz wodospad mierzący 70m wysokości, który został uznany przez Norwegów jako największy podziemny wodospad Skandynawii (odkryte przez STJ na zeszłorocznej wyprawie). Do priorytetu należało sprawdzenia dna w celu poszukiwania dalszej kontynuacji. W 2007 roku tylko Piotrek dotarł do dna, ale z względu na dużą ilość wody i mocne wychłodzenie nie zbadał go wtedy. Rozpoczęliśmy od zejścia do EHG gdyż położona jest ona ponad BLG. Właśnie od strony tej jaskini liczyliśmy na szybkie połączenie. W pierwszy dzień Frysiu, Pietruch i Miki ruszają do EHG. „....Poręczujemy do końca - czyli do ostatniego założonego przez nas punktu w Polskefossen (Polski Wodospad) - odkryty podczas zeszłorocznej wyprawy, dobijamy brakujące spity. Ku naszemu zdumieniu w jaskini było dużo mniej wody, a zjazd w zimnym wodospadzie był znacznie łatwiejszy niż rok temu, można było się pokusić o chwilę zatrzymania i podziwiania tej pięknej lufy. Jeżeli chodzi o poręczowanie to trzeba wielu wyrzeczeń by było w miarę bezpiecznie, gdyż kruszyzna i lejąca się woda nie ułatwiały sprawy. Aktywny ciąg wodny wpada do studni u samej góry, a po 70m rozbija się o zawaliskowe dno. Po tych ekscytujących zjazdach docieramy do naszego przodka i stwierdzamy dalszą kontynuacje po zejściu małego prożka. Również i w tym miejscu skała nas nie rozpieszcza pod kątem asekuracji, nie mamy już spitów bo trzy ostatnie zużyliśmy na wbicie jednego powyżej. A tu studnia czeka!” Następnego dnia ponawiamy akcję, wiertarka Hilti, kotwy long life, kolejną liną poprawiają humory. Po dobiciu kilku kotew po drodze do przodka docieramy do naszej nowej studni. Stojąc nad krawędzią studni oceniamy ją na jakieś 18 - 20m. Mimo że w naszym szpeju mamy linę 18 to postanawiamy dowiązać jeszcze 50-tkę, tak na wszelki wypadek. Zjazd z long lifea poprawia morale, po krótkiej chwili Fryś mija rzuconą 18 i mknie niżej, wreszcie staje na dnie i słyszymy „wolna!” Dojeżdżamy kolejno na dno studni, szyderstwu pod kontem 18m nie ma końca. Na dole oceniamy zjazd na jakieś 30m, Fryś skutecznie osłabia naszego ducha eksploracji oświadczając z szerokim uśmiechem, że oto stoimy w Rolling Stones, a dokładnie w ''drugim kanionie''. Radości, okrzykom i uściskom nie ma końca, wielki trud poprzednich wypraw został wreszcie nagrodzony. Studnia, która połączyła obie jaskinie w system, zyskuje nazwę ''Fałszywej Osiemnastki''. Po krótkiej wycieczce w BLG i dojściu do jej przodka, wychodzimy na powierzchnie by nazajutrz przy porannym spotkaniu obwieścić, że mamy system. Naturalnie po znalezieniu połączenia naszym zamiarem było dokonanie trawersu, ale wcześniej musieliśmy wyposażyć drugą jaskinię w brakujące liny i komplet stałych punktów. Na akcję obijania wychodzimy w znanym już trio (Fryś, Pietruch, Miki) sama jaskinia jest typowa dla krasu norweskiego. Poziome korytarze, zawaliska, pięknie myte meandry z ciekami wodnymi, poprzecinane prożkami i salami, uroku dopełnia wszechobecna parszywa kruchość. Niestety jej krasa jest zdradliwa o czym świadcządwa wypadki i czasowo zmienia nazwę na ''Latających Polaków''. Po obiciu long life’ami i spitami kilku prożków wracamy na powierzchnię. Nazajutrz wyruszamy na akcję ''Trawers'' w cztery osoby. Pierwsza dwójka (Fryś, Miki) jest to ekipa która kartuje i wykonuje szkic technicznych brakujących elementów po połączeniu. Natomiast z godzinnym poślizgiem wchodzą Pietruch i nasza nowa znajoma Emma z szwedzkiego speleoklubu. Ogólnie mieliśmy wątpliwości co do ilości chętnych na tego typu akcję, ponieważ na linach nasi skandynawscy koledzy nie mają dużego doświadczenia, więc selekcja nie była potrzebna. Po krótkim sprawdzeniu umiejętności Emmy pod czujnym okiem Pietrucha zespół numer dwa był gotowy. Podczas gdy chłopaki kartują Pietruch z Emmą wgryzają się w jaskinię. Przełaz nazywany przez Norwegów zaciskiem miał być decydującym miejscem o powodzeniu trawersu. Używając nadludzkich mocy, technik obrazkowych i psychologicznych udaje mi się przeprowadzić Emmę przez kluczowe miejsce. Wiedząc że chłopaki są już bliscy końca pomiarów, staram się przyśpieszyć akcję. Kilka wspólnych przepinek pozwala na mały komfort psychiczny i dojechanie do Frysia i Mikiego. W tym czasie nasi przodownicy dość nieźle marzną, w miejscu połączenia streszczamy szybko sytuację Emmie i ruszamy na drugą część trawersu, w poszukiwaniu ciepła. Dwie godziny później docieramy do otworu i po wyjściu składamy sobie gratulacje pierwszego przejścia, a Emmie dodatkowe za pierwsze kobiece. Tydzień drugi Na kilka dni przychodzi małe załamanie pogody co utrudnia działalność. Pijemy już tylko sama wodę bo ,,wypogadzacze'' się szybko skończyły. Karolina, Fryś i Pietruch reporęczują BLG, aby skupić się na dalszej eksploracji EHG. W tym czasie grupa szwedzko-norweska wraz Mikim znajdują jaskinię tuż za naszymi namiotami! Niewielki otwór po chwili kopania pozwala wejść w głąb poprzez początkowe ciasnoty. Jaskinia nazwana ”Bakpolen” czyli „za Polakami”, po dokonanej penetracji ma około 100m! Marazm pogodowy zmusza do działania, kierownik namaszcza dwójkę (Fryś, Pietruch), która ma sprawdzić studnie startujące z Półki Johannesa, znalezione na poprzedniej wyprawie. Z początku niemrawa akcja okazuje się wspaniałą przygodą i odkryciem kolejnych ciągów i studni, które zaprowadzają nas do drugiego połączenia z Brattligrotta. Tym razem połączenie wypada w ''Pierwszym Kanionie'' i dzięki braku obecności wody zyskuje nazwę tzw. Suchy Ciąg. W nagrodę za kolejne połączenie uzyskujemy informację o dotarciu ostatniej ćwiartki naszej ekipy w osobie Cieskiego z rodziną, a wraz z nimi naszej sporej części prowiantu. Na przedostatnią akcję do EHG, tym razem reporęczowo-mierniczą wyruszamy w składzie: Fryś, Pietruch, Miki i Cieski. W jaskini rozdzielamy się, Fryś i Pietruch kartują Suche Ciągi, a Miki i Cieski zjeżdżają mokrą 82-Ä? i penetrując szczegółowo zawalisko, udaje się znaleźć korytarzyk, który zaprowadza ich nad kolejną studnię, w której niestety znika większość lejącej się wody. Najprawdopodobniej jest to droga do trzeciego połączenia, które wypadnie na końcu Drugiego Kanionu, tę część jaskini nazywamy Bardzo Mokrym Ciągiem. Po zreporęczowaniu mokrej studni spotykamy się na dnie „Pierwszego Kanionu” i wymieniamy spostrzeżenia o nowych partiach. Wracają Cieski z Mikim wykonują dodatkowe pomiary „Suchych Ciągów” do szkicu technicznego, zwijamy praktycznie wszystkie sznurki z jaskini, zostawiając jeden na pierwszej studni pod akcję foto. Koniec wyprawy zbliżał się nieubłaganie, a nam pozostała ostatnia akcja. Tym razem do Groty Edvarda wybieramy się liczniejszą grupą, towarzyszą nam Norwegowie Hans i Narve oraz Szwed Rauken i reszta Polski w celu dokumentacji artystyczno-fotograficznej. Nasi fotografowie Iza oraz Rauken ustawiają swe aparaty i wykonują serię zdjęć, których jakość będzie można ocenić dopiero w wielkim formacie. Przy okazji, że dla wielu naszych kolegów ze Skandynawii jest to pierwsza wizyta w tej części jaskini, oprowadzamy ich z dumą po tym wszystkim co do tej pory było jedynie udziałem ich wyobraźni. Westchnienia i łakome spojrzenia na piękno tych partii, oraz słowa uznania nagradzają trud wieloletniej eksploracji i utwierdzają nas w przekonaniu wykonania dobrej roboty. Przemoczeni i wychłodzeni rozpoczynamy odwrót w kierunku wyjścia. W ostatni dzień wyprawy dokonujemy spalenia polowego WC, który na czas działania wyprawy na szczęście nie przepełnił się. Po retransportach udajemy się do Sveina, gdzie tradycyjnie czekają na nas przepyszny obiad, garść napojów i gorący prysznic zwiastujący nieubłagany powrót do cywilizacji. Podsum Jaskinie charakteryzuje ciekawa budowa i system korytarzy. Idea połączenia jaskiń stała się realna w momencie przekopania się przez ciasnoty w Brattligrotta (wyprawa STJ 2006) oraz przejście zacisku (Swedish Squeece) w Edvardheimgrotta (wyprawa STJ 2007). Strefa gdzie obie jaskinie się łączą mają charakter potężnej szczeliny. Głębokość systemu wynosi -218m, a najniżej położone znane partie znajdują się już poniżej otworu jaskini Storligrotta. Długość systemu nie jest jeszcze dokładnie znana, przypuszcza się że ma przynajmniej ok. 4km, jest jeszcze wiele partii do skartowania. Cel wyprawy został zrealizowany – znaleźliśmy połączenie jaskiń Edvardheimgrotta i Brattligrotta, dzięki czemu system ten stał się jednym z większych w Skandynawii. Jaskinia Storligrotta została spenetrowana i pomierzona, jej długość wynosi 2237m, głębokość -97m, namierzono miejsca w których niezbędna jest dalsza eksploracja (kopanie…) aby spróbować dotrzeć do połączenia z nowym systemem Brattligrotta - Edvardheimgrotta. Podczas gdy główny trzon prowadził prace w EHG i BLG, nasza kierownica Karolina ogarniała kontakty międzynarodowe i aktywnie uczestniczyła w wielu akcjach pomiarowych w Storligrotta. Podtrzymując dobre kontakty w zespole norwesko-szwedzkim i wytrzymując niedogodności ciasnot wypracowała pomiary obciążone najmniejszym procentem błędu. W trakcie obozu przeprowadzono szkolenie z ratownictwa jaskiniowego wraz z pozorowaną akcją ratunkową w jaskini Storligrotta. Ukłony i podziękowania w stronę sponsorów i osób nam przychylnych, dzięki którym mogliśmy działać w jaskiniach i bytować w tamtejszym plenerze a mianowicie: dla firmy UNIMARK za worki i kombinezony; firmie MOGOT która w ekspresowym tempie uszył nam wdzianka; Joannie Austyn za noclegownie w postaci K2; oraz Marcinowi Kubarkowi. Dziękujemy KTJ PZA za wsparcie finansowe wyprawy.
Piotr Fryś, Rafał Pietrucha, Mirosław Pindel, Izabela Kraczkowska, Sabina Filipczak, Wojciech Sieprawski, Monika Legierska, Klaudia Legierska (najmłodszy uczestnik ), Karolina Filipczak (kierownica) |
|
| Zmieniony ( 09.04.2010. ) |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|